IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Lambert Mieszkowic

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Lambert Mieszkowic



Posty : 9
Skąd : Księstwo Polskie

Czekoladowe żaby
Monety: 10bl
Ekwipunek: suszona ryba, naszyjnik z rubinami

PisanieTemat: Lambert Mieszkowic   Pon Sie 04, 2014 6:49 pm





Lambert Mieszkowic





Historia

Mimo żem zrodzon na słowiańskiej ziemi, to krew w pełni słowiańska we mnie nie płynie. Dokładniej rzecz ujmując, to żyły moje drąży płyn ustrojowy zawierający pierwiastki słowiańsko-germańskie w równej proporcji, tudzież margrabsko-książęce, jeśli by na to z drugiej strony spojrzeć. Ale może po kolei.
Anno domini 980 i rodzę się ja. Chociaż, może zacznijmy od trochę wcześniejszej daty.
W roku 955 przyszła na świat moja matka, Oda, co zostało skrzętnie odnotowane na marginesie jednej z ksiąg parafialnych, jako najstarsza córka Dietricha von Haldenslebena, margrabiego Marchii Północnej. Chowano ją w kalbejskim klasztorze, zresztą, trochę ją tam przetrzymano, bo gdy szła do ślubu, wcale nie była pierwszej młodości. Całe dwadzieścia dwa lata! W każdym razie, oblubieniec jej się trafił niezgorszy, tak myślę, że to żaden wstyd zostać żoną księcia polskiego. Cały pech zawierał się w tym, że matce mojej przyszło pełnienie roli małżonki numero due, przy czym z pierwszego małżeństwa Dagbert (bo takie imię przyjął mój ojciec przy chrzcie, chociaż całe życie zwano go Mieszkiem, może poza alkową, gdzie zdobył przydomek „Śmieszek” i Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego) z woli bożej spłodził już całą trójkę dzieciąt. Najstarszy, Bolesław, miał dość wygórowane ambicje – po pierwsze, nie umrzeć, po drugie, może kiedyś zostać królem. Dwie moje przyrodnie siostry powychodziły za mąż; Świętosławę wyeksportowano na północ i trzeba przyznać, że na nordyckich tronach się rozsiadła, bo gdy jej pierwszy wybranek, Erik Segersäll, król Szwedów, wyzionął ducha, wzięła się za Svenda Tveskæga, władającego Norwegią i Danią. Ostatnia córka Mieszka (ciągle mi z głowy wylatuje, jak jej na imię, ale nic dziwnego, skoro kontaktów nie utrzymuje, ani gońca nie wyśle, ani wojny nie wypowie, no przepadła jak kamień w wodę dosłownie i to zanim się dobrze poznaliśmy) wydana została za jakiegoś księcia pomorskiego, trudno mi powiedzieć, którego, raz ino byłem w Kołobrzegu i wszyscy ci panowie wyglądają identycznie, jak Boga kocham.
Jak widać, rodzeństwo moje potrafi się dobrze urządzić, w każdym razie, to rodzeństwo zrodzone przed Dobrawę. Biedna matula, jej się tak nie poszczęściło jak poprzedniczce.
Ja jestem najmłodszy i jak wieść gminna niesie, ten najgorszy. Jest jeszcze Mieszko, trochę dziwne nazwać tak dziecko, proszę sobie wyobrazić delikwenta, co zwie się Mieszko Mieszkowic. W każdym razie, to niepoprawny romantyk, chociaż wydaje mi się, że miałby smykałkę do rządzenia. Problem zrodził się wtedy, gdy mama też w nim tę smykałkę odkryła, ale do tego też jeszcze dojdziemy. Więc, jak wspominałem, jestem uznawany za rodzącego najmniejsze nadzieje syna księcia, co jest dosyć bolesnym osądem, zważywszy na fakt, że mój starszy brat, Świętopełk, od jakichś siedmiu lat nie żyje. I tak w naszej rodzinnej drabinie feudalnej znajduje się o szczebel czy dwa ode mnie, nic dziwnego, skoro wszystko, za co się zabieram, zwyczajnie mi nie wychodzi. Ach, i nie wspominałem pewnie, że średnio raz na tydzień trzeba było święcić komnatę, w której spałem, głównie ze względu na to, że różne przedmioty… powiedzmy, że dokonywały takiego maleńkiego, naprawdę tyciego samozapłonu. Gdy się denerwowałem. Ale naprawdę, nic nigdy nikomu się nie stało, Bolesław raz tylko brwi stracił i mocno mi za to wygarbował skórę, jakiś tydzień nie mogłem bez krzywienia ust usiąść.
No tak, jeszcze został nam Bolesław. Bolesław czuje się ważny, bo załatwił sobie władanie Małopolską, poślubiając córkę margrabiego Miśni Rygdaga. Oczywiście, gdy biedny Rygdag zszedł z tego świata, Bolesław zachował się jak Bolesław i swoją żonę wygnał, zachowując przy tym Małopolskę. Kolejną małżonkę musiał sobie ściągać aż z Węgier, ta niestety zmarła przy połogu, dając mu syna, Bezpryma. Bezprym to… urwis, jest sześć lat młodszy ode mnie, ale wszyscy boimy się go jak diabła. Lubi strzelać do ptaków, a potem obdzierać je ze skóry żywcem. W każdym razie, teraz Bolesław żyje w szczęśliwym związku z Emnildą, córką Dobromira z Moraw. Emnilda to anioł, nie kobieta, dała mojemu bratu dwie córki (jedna to straszna flądra, ale Regelindę nawet lubię) i syna, nazwanego – uwaga – Mieszko Lambert. Trochę nas tym wszystkich zaskoczył, bo cały czas udowadniał, jak bardzo mnie i Mieszka nie cierpi, a tu nagle nazywa dziecko na naszą cześć. Podejrzane, matka uznaje, że chciał się tym wkupić w jej łaski.
A to dlatego, że ojciec nasz coraz bardziej podupadał na zdrowiu i jasne było, że niedługo umrze (faktycznie, odszedł niecałe dwa lata później). W każdym razie, jego stanowisko co do odziedziczenia władzy było raczej jasne. Jak Bolesław przyszedł wyegzekwować zyskanie całości kraju, ale papa nie okazał litości. „Siedź ty w tej swojej Małopolsce, a reszta się komu innemu należy”, rzekł (podsłuchiwałem, moja wina). „Lambertowi też?” z przestrachem upewnił się Bolesław, zapewne troszcząc się o przyszłość narodu. „Bój się Boga, synu, Lambertowi nie, co ci przyszło do głowy”, uspokoił go ojciec. Jak wspomniałem, moja wina, że podsłuchiwałem, serduszko mnie zabolało, ale cóż, miłość do kraju w przypadku mojego taty przerosła miłość do mnie.
Mama się cieszyła, bo oczami wyobraźni widziała już, jak Mieszko Mieszkowic siedzi na tronie i ku chwale bożej rozsławia księstwo polskie na cały kontynent (ja w tej wizji stoję przy tronie i staram się niczego nie popsuć, nie sądzę, by ktokolwiek oczekiwał ode mnie więcej). Z tym, że Bolesław popisał się upartością i w chwili, gdy ojciec konał, dalej nie odpuszczał i nawet gdy księcia Mieszka drgawki brały, podsuwał mu pod nos mapę. „No, papo, może chociaż Śląsk mi dorzucisz, nie bądź taki”. Niewdzięczność Bolesława tylko pogorszyła stan ojca, ale po kilkunastu minutach trucia na temat bolesłowawego dziedzictwa papa ustąpił i odtąd krajem mieli razem rządzić moja matka i mój najstarszy brat.
Nie muszę chyba mówić, że żadne z moich krewnych nie czuło się usatysfakcjonowane takim rozwiązaniem i każde chciało całość władzy zdobyć dla siebie. Wkrótce rozegrała się dramatyczna walka o tron (w porządku, nie przelało się wcale dużo krwi, starć bitewnych wcale nie było aż tak dużo, wszystko ustaliło się w zaciszu domowym, w trakcie rzucania glinianymi naczyniami i wyzywania się od patałachów. W każdym razie, przynajmniej taka była moja strategia, głównie dlatego, że ja akurat wojska nie miałem, a nie chciałem, by ominęła mnie taka zabawa). Dwóch przyjaciół Bolesława, Odylen i Przybywoj, stwierdziło, że choć księcia darzą sympatią, to jako królową woleliby moją matkę i stanęli po stronie Ody. Jak się Bolesław dowiedział, to się wściekł, kazał obu złapać i oślepić. Zresztą, nie mogło się to skończyć inaczej, Bolesław takie już miał metody.
Rzecz skończyła się tak, że moja matka, ja i Mieszko zostaliśmy wygnani. Smutek mi ścisnął gardło, wyobrażacie to sobie, co musiałem czuć, gdy własny brat kazał mi iść precz? Za eskortę robił nam Odkel Liótólfrson, wareg, zaufany przyjaciel mojego ojca i jeden z najważniejszych ludzi w jego drużynie książęcej. Zabrał ze sobą syna, Nefjólfra, dziwny dzieciak, ale jakoś się dogadaliśmy. Mama moja była podczas całej podróży mocno podminowana, a kiedy dotarliśmy do Quedlinburga, zamknęła się w zakonie i postanowiła z nikim więcej nie rozmawiać. Słowo daję, dobry tydzień stałem u drzwi jej celi i próbowałem się jakoś dostać do środka: „bitte, Mutter, können sie nicht so hartnäckig sein?”. Ale, jak czas pokazał, nie mogła i wyciągnięcie jej z zakonu nie wchodziło w grę.
Jak już pojąłem, że matuli nie interesuje już mój i brata los, a do Niemiec chciała przybyć tylko po to, by dokonać tam żywota, to trochę podupadłem na duchu. Odkel zaproponował jednak wyprawę na północ, na dwór mojej siostry. Uznałem, że to dobry pomysł, chociaż minęły lata, odkąd ostatnio widziałem kochaną Świętosławę. Na miejscu okazało się, że od dawna używa imienia Sygryda i jest królową równie popularną, jak straszną. W czasie, gdy była wdową na wydaniu (a trwało to mniej niż pół roku!) odrzuciła zaloty dwóch króli, przy czym króla Vestfoldii kazała spalić żywcem, twierdząc, że oświadczyny tak mało ważnego człowieka ją obrażają. Z całym szacunkiem do świętej pamięci Dobrawy, mam wrażenie, że wszyscy jej potomkowie są jacyś… jakby cokolwiek okrutni. W każdym razie, u Świętosławy zabawiłem całkiem długo, zachwycając wszystkich dworzan swoją nieumiejętnością strzelania z łuku. Trochę pośpiewałem ze skaldami, trochę pokibicowałem Nefjólfrowi, gdy ćwiczył się w boju z miejscowymi, trochę też pouczyłem się języka nordyjskiego. Sielanka ta została przerwana, gdy małżonek Świętosławy zaproponował mi i Nefowi łupieżczą wyprawę do Anglii (od jakichś dziewięciu lat regularnie wypływał, by sobie troszeczkę pograbić). Prawdę mówiąc, bałem się odmówić, znając życie, siostra jeszcze kazałaby mi coś odciąć za karę. W trakcie podróży morskiej zapoznaliśmy się z Nefem z mową Anglików (pomógł nam w tym jeden mnich). Svend twierdzi, że kiedyś Anglię podbije, sam nie wiem, co o tym myśleć. W każdym razie, trochę nam podczas wyprawy nie wyszło, bo podczas pierwszego najazdu chlaśnięto mnie mieczem w twarz i jakoś tak się złożyło, że chyba straciłem przytomność. Jak się ocknąłem, okazało się, że wszyscy nie żyją (nie nasi wszyscy, wszyscy Anglicy), co z jednej strony było niesamowite, a z drugiej cokolwiek straszne. Svend zdążył już odpłynąć – chyba nie zauważył mojej nieobecności? – ale kochany Nefjólfr został. Prawdopodobnie nie z mojego powodu, jak go znalazłem, to leżał w klasztornej piwniczce w kałuży wina.
Tak zostaliśmy sami na obcym lądzie. Po drodze ukradliśmy konia i chwalebnie podążamy z wybrzeży Essex w stronę East Anglii, gdzie spodziewamy się zastać wieści o poczynaniach mojego szwagra (i może zaciągnąć się na jakiś statek, który mógłby zabrać nas do domu). Niedawno przyłapałem Nefa na jakichś sztuczkach z ogniem – przyznał mi się, że jest czarodziejem, co zresztą dało mi do myślenia, wszak bardzo to przypominało moje własne, hm, poczynania, z tym, że dzielny wareg najwyraźniej potrafił kontrolować te zdolności.
A, wypadałoby też wspomnieć o moim drugim bracie, w czasie, gdy mieszkałem w Danii, wiele słyszałem o jego podbojach. Miłosnych. Mieszko bowiem odbił na Pomorze, gdzie poznał piękną damę. Ponoć fatalnie się w niej zauroczył i snuje plany ożenku, ba, zdążył nawet wybrać imiona dla przyszłych synów. Dietrich, po dziadku, i Siemomysł, po drugim dziadku. Dość śmieszna sytuacja, bo z tego co wiem, nadobna dziewka nawet nie zdaje sobie sprawy z afektu Mieszka. Brat mój jednak pozostaje nieugięty i zarzeka się, że wybrankę serca w końcu zdobędzie. Niezbyt w niego wierzę, prawdę mówiąc, prędzej Bolesław zostanie królem, a mnie wyświęcą na biskupa krakowskiego, niż Mieszko się szczęśliwie ożeni.

I - podstawowe dane
IMIONA - tekst
NAZWISKO - zwany po ojcu Mieszkowicem
WIEK - 18 lat
RÓŻDŻKA- brak
PATRONUS - nieznany
ZWIERZAK - brak
BOGIN - wielki pożar wywołany z jego winy
AMORTENCJA - chmiel, ciastka miodowe i żywica sosny
LUSTRO AIN EINGARP- Bolesław z nocnikiem na głowie

II - Inne

KRÓLESTWO - Danii?
PRACA - łupieżca od siedmiu boleści
POZYCJA- wyklęty książę
---------------
CZART -nope
ADRES @ - nope
GG -nope
IMIĘ -Marta
Powrót do góry Go down
Walhalla

avatar

Posty : 63

PisanieTemat: Re: Lambert Mieszkowic   Pon Sie 04, 2014 7:17 pm

Fajna historia, bez problemu można polubić Lamberta i jego historię. Zapraszam do założenia arkusza i miłej pisaniny!
Powrót do góry Go down
 
Lambert Mieszkowic
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
The Fp :: ❧ Grimoire  :: φ Fasolki Wszystkich Smaków :: φ Do Przejęcia-
Skocz do: