IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Jaskinia w lesie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Merlin

avatar

Posty : 191

PisanieTemat: Jaskinia w lesie   Czw Lip 17, 2014 12:20 am

Powrót do góry Go down
Lambert Mieszkowic



Posty : 9
Skąd : Księstwo Polskie

Czekoladowe żaby
Monety: 10bl
Ekwipunek: suszona ryba, naszyjnik z rubinami

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Sob Sie 09, 2014 12:56 am

Przyszło nam z traktu zboczyć. Czy zawróciliśmy? Skądże, Nefjólfr wszak dopatruje się wśród leśnej gęstwiny niewidzialnej drużki, według niego gdzieś w pobliżu musi być zejście do strumyka, choć słowo daję, żadnego pluskania wody nie słyszę. Gdyby to w mojej gestii leżało wydawanie rozkazów, kazałbym trzymać się wyznaczonej drogi i liczyć na to, że starczy nam wody, ale to Nef podejmuje decyzje, za trudny do podważenia argument podając fakt, że koń jego lubi bardziej, a cała nasza majętność zawiera się również w Nefowej sakwie. Pewnikiem ma to jakieś uzasadnienie. Przecież nie jest bynajmniej tak, że kompan mój przyszedł na świat w prostej familii, a za młodu przyuczany był do wojowniczego fachu, skąd. Skoro dowodzi, można śmiało wysnuć wniosek, że w jego żyłach płynie błękitna krew, a od pacholęcia wychowywano go do roli władcy.
Ale zgadnij co, Nef? Nie jesteś ni księciem, ni jakimś bożym pomazańcem, który pomimo braku odpowiedniego wykształcenia stał się strategiem doskonałym. I nie słuchałbym cię, gdyby koń faktycznie nie lubił cię bardziej i nie posiadałbyś wszystkich naszych pieniędzy.
Rzekł więc Nefjólfr - idź no tędy, tą ścieżką, co ja ją widzę nieskalaną chwastem, a dla cię jest niczym prócz kłębowiskiem chaszczy wszelakich, idź nią, Lambercie, a u kresu podróży niechybnie wodę szemrzącą odnajdziesz. I czystą ona będzie i smaczną ona będzie.
Idę więc i ze złości aż kopię ziemię przede mną. Gdybym miał no w tej chwili wymienić wszystkich, których darzę nienawiścią, lista byłaby długa. Bolesława (a ty chędogo!) nienawidzę, niekompetentnych wikingów nienawidzę, tego konia zdradliwego też nienawidzę. O ile odcieni bardziej barwne byłoby to moje nędzne życie, gdyby tylko papa nie wyzionął ducha. Ojcze drogi, czemuś nie pożył jeszcze dobrej dekady? Może do tego momentu twój pierworodny sam byłby zszedł!
I najśmieszniejsze jest to, że po długim marszu nie napotykam na strumyk. Nawet kałuży błota nie przychodzi mi ujrzeć. Przed sobą mam jeno jaskinię.
Jaskinię. Wskroś bezużyteczną jaskinię. Nabieram powietrza w płuca i wzdycham cierpiętniczo, a potem tylko spoglądam w górę i uśmiecham się do siebie. I jest to uśmiech pełen goryczy, bo oto ciężka godzina próby nastała dla księcia Lamberta. Mogę odwrócić się i z godnością wrócić do Nefa i konia, mogę też zachować się w sposób, który osobie mojej rangi nie odpowiada.
Jak zwykle instynktownie wybieram lepszą opcję.
- Nefjólfrze Odkelsonie, całować mnie w rzyć niegodnyś z tymi swoimi mądrościami! - krzyczę wgłąb niezbadanej jaskini, z pewną satysfakcją wysłuchując, jak echo niesie tę obelgę dalej. I dopiero wtedy się obracam na pięcie.
Powrót do góry Go down
Abhainn



Posty : 12
Skąd : Szkocja!

Czekoladowe żaby
Monety: 5 sbr
Ekwipunek: sporo wina i książka.

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Sob Sie 09, 2014 1:36 am

Zajechaliśmy więc do kraju barbarzyńców.
Bawi mnie fakt, że w swoich głowach zwą nas tak samo. Przyjechali rozklekotanym wozem ze starą kobyłką (Moira wcale nie jest wiekowa) i sową na dachu szerzyć celtycką kulturę, z pochodniami na nich! Po prawdzie to przybyliśmy sprzedawać biżuterię, ale za żadne skarby świata nie można o tym powiedzieć tacie. Na Wschodzie dobrze kręci się interesy, tam nawet chętniej skupują od nas złoto i lunule. Ich rzemieślnicy nie są tak zdolni. Osobiście uważam, że nie ma zdolniejszego ponad wujaszka, nauczyłam się jednak zachowywać opinie dla siebie. Kiedy byłam młodsza często kłóciłam się z innymi dzieciakami o to czyj rodzić jest najzdolniejszy. Zazwyczaj kończyło się to  papą wyciągającym mnie z  samego środka bójki, poczochraną i wygrażającą pięściami. Zawsze byłam charakterna.
Na Wschodzie pilnuję języka. Tutaj obyczaje są znacznie inne. Wieść niesie, że lata temu i tutaj osiadali Celtowie, teraz tylko ci wikingowie. Jasne, to lepiej niż w Wessex gdzie aż strach się odezwać bo mogą wsadzić do klasztoru. Dziadzio jednak zawsze powtarzał, że na kontynencie mieszkają ludzie o obyczajach zwierząt. Grabią, plądrują, podpalają, gwałcą, aż cud, że pozwolono mi wyjść z wozu. Wrażenie jednak blednie kiedy przychodzi do interesów. Biżuterię kupują? Kupują. Trzeba więc zajechać i sprzedać im nieco celtyckiego dobra by przeżyć zimę.
Podróżując po obcych królestwach raczej trzymamy się szlaków niż szlajamy po karczmach. Jeśli chodzi o ten klasztorny kraj, nie ma się czemu dziwić. Aż strach wejść do miejsca publicznego, jeszcze nas skażą za pogańskie rytuały. Biżuterii też kupują mało. Za to poezja papy ma duże wzięcie. Wystarczyło pozamieniać naszych bogów na ichnich i już słuchają jak zaklęci. Wiem, że się nigdy nie przyzna, ale tatko lubi tam występować. Tylko harfę trzeba schować, muzyka jakoś nie pasuje do ich wyniosłych min.
Jeśli chodzi o Wschód tkwi w nas zakorzeniona od kilku pokoleń niechęć do Wikingów. I jasne, mogą mówić, że ci to się ucywilizowali, nie chcą jatki i bijatyk, rozwijają handel, blablabla. Wiking to Wiking. Im nie można ufać. A mówiąc o Wikingach mam na myśli wszystkich uchodźców z kontynentu. Ziemi im braknie czy co?! Nagromadziło się ich ostatnio jak mrówek w upale. Gdzie się nie obejrzysz, kontynentowiec. I kaleczy nasz angielski albo mówi coś po tej swojej łacinie myśląc, że zrozumiemy wszystko. Jasne, łyknęliśmy trochę tego i tamtego języka (to ułatwia i interesy, i pisanie poezji), ale żeby zaraz wdawać się z obcymi w dyskusję? Ja się tam najlepiej czuję z naszym gaidhlig w gębie, wtedy to mogę prowadzić nawet dysputy filozoficzne.
Jedziemy już trzeci dzień poza miastem, do kolejnej osady sporo nam zostało, postój zawsze w cenie. Jak postój to i wyprawa po wodę. Kogo się posyła w rodzinie - najmłodszego. I chociaż mówię: „papku, a co z gwałtami” to on mruczy „a kto by cię tam dziecko tknął”. Teraz kto by mnie tam tknął, a jak przychodzi co do czego, to nie mogę tańczyć z żadnym chłopcem bom warta księcia. Prycham więc, wściekła po uszy (dobry sen mi przerwano) i idę przed siebie z bukłakiem, rodzina musi pić.
Byliśmy już tutaj, drogę znam. Za jaskinią skręcić w lewo, wejść w wysokie krzaki, kilka kroków i dojdzie się do strumyka. Nie znam jednak dziwnych okrzyków chuderlawego koguta co najwyraźniej przywołuje złe duchy. Życie mu niemiłe?! On nie wie co się w takich jaskiniach może kryć?!
- Nie drzyj japy, licho zbudzisz - informuje go więc grzecznie, stojąc u szczytu górki (bo jak jaskinia to i wzgórek). Nie, żebym się przejmowała cudzym losem. Licho jednak bywa nienasycone. Takim kurczakiem to się nie zadowoli, zaraz nas dosięgnie i tyle będzie z handlowych podróży.
Muszę jednak oddać tatku honor. Gwałtów raczej nie doświadczę.
Powrót do góry Go down
Lambert Mieszkowic



Posty : 9
Skąd : Księstwo Polskie

Czekoladowe żaby
Monety: 10bl
Ekwipunek: suszona ryba, naszyjnik z rubinami

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Sob Sie 09, 2014 2:18 am

Panienko najświętsza!
Serce mi omal z piersi nie wyskoczyło. A wcale nie jestem bojaźliwy, gdyby się mnie tchórzostwo imało, to bym w życiu nie wsiadł na statek, by grabić z wikingami, pewnie bym się w jakimś zakonie zamknął, zgodnie z rodzinną tradycją. Sęk w tym, że gdziekolwiek nie spojrzę, tam terra incognita, wszędzie się tylko słyszy o rabusiach (gwałcicieli się nie boję, chociaż po głębszej refleksji mogę przyznać, że ku spotkaniu szalonego sodomity wcale nie mam chęci), a kto wie, jakie tu mogą upiory mieszkać. Z tymi rodzimymi byłem zaznajomiony, wiedziałbym, jak południcy zbiec, kiedy i gdzie można nurt przekroczyć, by człeka rusałki na dno nie ściągnęły, jak udobruchać ubożęta i czego nie robić, by Leśnego Dziada nie zdenerwować. Każdy klecha powie, że wszystko jedno, z jakim lichem ma się do czynienia, bo wszystko to diabeł, ale każdy, kto trochę oleju w głowie ma, przyzna, że diabeł diabłu nie równy. Jednego pacierzem wygonisz, a z drugim to lepiej radzić się jakiejś staruchy, bo ino zioła, zakopanie na rozdrożach czy jeszcze inne praktyki pomogą. Kler to by wolał, jakby wszystko dało się w murach kościoła załatwić, ale spójrzmy prawdzie w oczy, niektóre monstra to poza biskupie zdolności wykraczają. W żadnym razie nie Boskie, biskupa to do Boga równać nie można, ale ja osobiście uważam, że Pan Bóg to ma większe zmartwienia niż jakieś pomniejsze diabliki i jeśli są jakieś człowiecze metody, by upiora przepędzić, to trzeba próbować, zamiast Panu głowę zawracać. W każdym razie, tutaj to na dobrą sprawę nawet do katedry nie idzie pognać, bo wokół tylko las dziki. Jak mnie jakaś anglosaska wiedźma napadnie, to co ja pocznę? Nic nie pocznę, nawet modlić się w ichnim języku nie bardzo potrafię, to skąd mam wiedzieć, czy zrozumie aluzję i pójdzie precz?
No nie zrozumie! Dlatego takim zatrwożon, i z imieniem Matki Dziewicy z powrotem się obracam ku źródłowi tych słów przedziwnych, z których dopiero udaje mi się wychwycić jakiś sens, gdy już zdążyłem się przestraszyć. Z ręką na skołatanym sercu mierzę dziewkę spojrzeniem, od trzewiczków jej po czubek głowy i dociera do mnie jedno. Po pierwsze, niewiasta ta ma buty brudne, znaczy dużo chodzi, znaczy pewno wie, gdzie tu można wodę znaleźć (żywię nadzieję, że gdzieś daleko, żeby Nefowi nosa utrzeć). Po drugie, jej głowa odkryta jest znakiem, że panna do zamążpójścia co najwyżej może się szykować, co oznacza, że jak podejmę rozmowę, to żaden zazdrosny mąż nie oskarży mnie o sprowadzanie małżonki na drogę cudzołóstwa.
Nie, by mi się to kiedyś zdarzyło. Jak mniemam, mężczyźni z góry zakładają, że żadnej kobiecie nawet nie przyjdzie do głowy, by być moją kochanicą. I po wzroku tejże widzę, że w duchu sobie ze mnie dworuje! A ja przecież jestem, do licha, księciem, księ-ciem, niech no chociaż w tej głuszy mnie traktują poważnie, skoro i tak pewnie przyjdzie mi niebawem wyzionąć ducha!
- I dobrze - rzucam w tym obcym narzeczu tonem desperata, co mu już wszystko jedno, ale jak tak sobie pomyślę, że faktycznie może mi tu jakaś poczwara wyleźć, to aż się wzdrygam i na wszelki wypadek odwracam głowę, by splunąć przez ramię. Śpij dalej, licho! - A ty skąd się tu wzięłaś, dziewko? I kto ty właściwie jesteś? - pytam podejrzliwe. A może ona sama jest jaką zjawą? Kto o zdrowych zmysłach spodziewałby się w środku lasu znaleźć samotną niewiastę?
A potem wzrok mój pada na bułkak przez dziewczynę trzymany i nagle czuję się jak oszukane dziecko.
- A więc to gdzieś tutaj - mruczę do siebie i rozglądam się, jakby strumyk miał się pojawić nagle obok mnie. Ale jak wody nie było, tak nie ma!
Powrót do góry Go down
Abhainn



Posty : 12
Skąd : Szkocja!

Czekoladowe żaby
Monety: 5 sbr
Ekwipunek: sporo wina i książka.

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Sob Sie 09, 2014 3:04 am

Śmieję się pod nosem na takie widoki, kurczak łapiący się za serce.
Właściwie to nie wiem czy nie obrażam teraz kur. To są niezwykle mądre zwierzęta. A jaką mają wartość. Z dobrej kury to i jajka doświadczysz, a kiedy głód na mięso przyciśnie głowę odciąć wystarczy. Biegają wtedy śmiesznie dookoła, krew z nich sika, widziałam raz za karczmą jak zabijali kurczaki na kolację. Kiedy ptak dorodny to i mięso się upiecze, i wywar zrobi, jedzenia na cały tydzień. Chciałabym kiedyś hodować stadko takich, to by dopiero było życie. Spokojne, w dobrobycie. Teraz to nie ma jak. Czasem jak mi zabrzęczy w kieszeni moneta to mam chętkę pójść na targ i kupić ładną kurę, ale jeszcze tego nam w wozie brakowało. Wystarczy nam sowa, już patrzą na nas jak na dziwaków. Przynajmniej w Wessex.
Ja tam tym chrześcijańskim klechom nie wierzę za nic. Złamanego miedziaka bym za nich nie dała. Chodzą tacy i łypią groźnie, jak trwoga to do boga, a jedyne co potrafią to zamykać za murami tych, tych - klasztorów. W jednej z wersji papowej romantycznej historii mamę zamknięto w klasztorze na czas ciąży i połogu, ale uciekła stamtąd. Z halki zrobiła mnie nosidełko i zeszła po ścianie (budowniczy spaprali robotę, sporo wystających kamieni, akurat się udało). W tę wersję chyba nikt nie uwierzył, słyszałam ją tylko raz. Nie dziwota! Okienka przecież małe, nikt się przez takie nie przeciśnie, szczególnie kobieta tuż po połogu z dzieckiem u boku. Nie o tym jednak mówić miałam. Za nic chrześcijanom nie wierzę, podstęp w nich węszę. Bo jak to tak się skazać na posty bez powodu? Trochę mnie dziwi nadkładanie życia pozaziemskiego nad te tutaj. No bo przecież gdybyśmy mieli się skupiać tylko na odpuszczaniu grzechów (oraz nie dopuszczaniu do nich) to po co Dagna karmiłby głodnych? Po co Lugh oświecałby nas swoją mądrością. To wszystko nie ma najlepszego sensu. Jakby doczesne życie było jedynie przystankiem ku nieskończoności, najlepiej to się przecież położyć i przespać. Wtedy to się w ogóle nie nagrzeszy.
Chyba, że lenistwem. Ci z kontynentu to we wszystkim znajdą dziurę.
Z lichem to się jednak nie zadziera. I nie ważne czy małe, czy duże - nawet najmniejszy chochlik może zwieść z drogi. Pomylimy szlaki, trafimy w sam środek bitki wikingów, stracimy cały majątek. Wtedy to albo śmierć głodowa, albo ten zakon w Wessex, nie wiem co gorsze. Z takiej jaskini to mogą wyjść nawet i elfy, to są dopiero szkodniki. Chciałabym zobaczyć jak taki kurczak - miałam go już nie nazywać w ten sposób! - poradziłby sobie z takim diabłem. Nie rozumiem tego chrześcijańskiego zwyczaju sprowadzania każdego zła do jednej postaci. To niby jak, w lesie diabeł, na dnie stawu diabeł i w pod paleniskiem też? Niby wszędzie ten sam? To jak wytłumaczyć, że każde z nich przegania się w inny sposób?  Ja się tam boję tych „bożych” sposobów, raz widziałam jak biczowali biednego chłopca za krzewienie pogańskich rytuałów. Papko się wtedy oburzył, jak to tak, przecież kurczak był nawet młodszy ode mnie, a ja wtedy ile miałam - lat czternaście? To mu powiedzieli, że ma młodzian szczęście, bo innowierców się na stosie pali.
Na stosie! To jest dopiero barbarzyństwo. A to nas zwą poganami! Wypraszam sobie bardzo, w naszych stronach to stosy płoną na Samhain, nie na ludzi!
- I dobrze?! Pluj, pluj a nie żadne dobrze, na cały szlak nieszczęście sprowadzisz - aż się we mnie zagotowało, co za bezmyślność! Wywoła licho z ciemności i już do końca świata będzie biedne dusze w głąb lasu zwodzić. Potem się słyszy historie po karczmach historie o widmach i zmorach, trzeba drogi nakładać by życia nie stracić. Takich to się w elfickie kręgi powinno wpychać, może to ich nauczy. Szacunku! - A kto pyta? Ja tylko z książętami rozmawiam - informuję kogucika z godnością, idąc za radą papy. Dziewko, jeszcze czego, co ja na wieśniaczkę wyglądam? Może prosta ze mnie dziewczyna, ale czytać i pisać to ja potrafię. To może nie jest moja najmocniejsza strona, łączenie liter zajmuje mi trochę czasu, ale książkę mam? Mam. Toż to majątek! A i nawet zagram na harfie jak trzeba, nie będzie mnie sprowadzać do poziomu żony parobka - Tutaj co? - najpierw się wydziera, potem mruczy pod nosem, węszę nosem kontynent. Akcent ma dziwny, choć to nie dziwota, tutaj każdy inaczej zaciąga. U nas, na północy mówimy pięknie. Melodyjnie, każde słowo jak pieśń. Im dalej na południe czy wschód, im więcej tych zza morza tym gorzej. Warczy toto, słowa wypluwa, normalnie jak zwierze.
Już nie kogucik!
Powrót do góry Go down
Lambert Mieszkowic



Posty : 9
Skąd : Księstwo Polskie

Czekoladowe żaby
Monety: 10bl
Ekwipunek: suszona ryba, naszyjnik z rubinami

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Sob Sie 09, 2014 11:16 am

Ja za to spokojniejszym się staję, gdy nabieram pewności, że przede mną stoi nie wiedźma, nie rusałka czy południca, albo inne, zamorskie licho, tylko ordynarna dziewka. Z krwi i kości, ba, powiedziałbym nawet, że tej cielesnej powłoki to jej nie brakuje. Te panny importowane z zachodu (nawet moja matka!) zawsze zdają się takie wygłodzone, z misy ino trochę strawy skubną, może raz w tygodniu skuszą się na dwa kawałki chleba, zamiast jednego, taką cnotliwą dietę sobie wprowadzają. Bo usłyszały na kazaniu parę razy, że im mniej grzesznego ciała, tym lepiej, a jak upatrzyły, że kolejne kumotry przechodzą na ową religijną głodówkę, to same też zaczęły sobie odejmować z półmisków. Ja tam przyjemności w patrzeniu na takie nie znajduję (ale trzeba tu przyznać rację, te chodzące szkielety na pewno nie staną się obiektem żadnych grzesznych myśli!), więc chyba jednak szczęście miałem, że urodziłem się na ziemi słowiańskiej, gdzie tylko kilka rodzimych dam praktykuje te egzotyczne zwyczaje. Na dworze mojej siostry też było na czym oko zawiesić, tam kobieta swoje musiała ważyć, przecież te kruche niewiasty połamałyby się pod ciężarem swoich męży-wikingów. Że już nie wspomnę o tym, że niektóre białogłowy przed wiekami (a ponoć są takie, co ciągle to robią!) równe mężczyznom udawały się na bitki. Prawda to czy nie, nie mnie oceniać, ale z tymi damami, co mnie z nimi siostra zapoznawała, z pewnością nie chciałbym walczyć - jedna przedramię miała grubsze niż moje udo!
Przyznaję, że tej to dzieweczce jeszcze brakuje, by takie gabaryty zyskać, ale muszę przyznać, że trochę mnie to dziwi. To znaczy - to z zachodu przywędrowały te wszystkie wygłodzone chrześcijanki? Prawda! A gdzie teraz moje stopy stoją? Na zachodniej ziemi! Więc skąd tu takie dziewczę z piersią miękką jak worek pierza i policzkami rumianymi?
A co jeśli to jakaś okrutna intryga? Specjalnie nam na piękny, polski dwór, pełen panien dorodnych i pięknych, posyłają jakieś wybrakowane sztuki i wmawiają, że tak trzeba, a potem śmieją się do rozpuku, słysząc o kolejnych głupich kozach, co się przerzucają na - dosłownie - dietę-cud, zapewniającą błyskawiczne zbawienie? Ach, zresztą, jaki to mój problem teraz? Rodzinne strony dawno zostawiłem za sobą, teraz wszak jestem Duńczykiem!
Mrużę oczy na tę dziewkę pyskatą, jak mnie ochota weźmie, to sobie będę pluł, teraz pluję, bo lubię, a z pewnością nie dlatego, że jakaś dziewoja z lasu mi każe! Mnie to nawet ten szlak nie obchodzi, nie mój to kraj, nie moi ludzie, nie moja dziewka, nawet licho nie moje. Ja tu przypłynąłem palić i grabić, to nie dziwota chyba, że jakoś mnie nie trwoży myśl o sprowadzeniu na tutejsze ziemie jakiegoś potwora. Bylebym ja sam z Nefem i koniem był już daleko, to dziać się może wszystko.
- A to dziw nad dziwy, bo można by pomyśleć, że skoro książąt mało, to nie powinnaś często się odzywać, a odkąd przyszłaś, to tylko to twoje świergotanie słychać - odpowiadam, uśmiechając się ino kącikami ust. Z książętami rozmawia, patrzcie ją! Jak któryś syn krwi książęcej zastanawia się, jaka panna dla niego odpowiednia, to śmiało mogę powiedzieć: ta! Taka, co z butami brudnymi po lesie biega i przestrzega przed lichem w jaskini.
- Tutaj dobrze szukam - wyjaśniam z prostotą, przecież nie będę jej w moje plany wprowadzał. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko niewiasta, cóż ona może zaszkodzić, ale zgadnę ja, czy gdzieś za krzakiem nie chowa kompanii złożonej z dwunastu zbójców? Zresztą, dziewki z racji niewzbudzającej strachu fizjonomii są najgorsze! Spojrzysz na taką, pomyślisz, "ino jedna dziewoja", a ta ino jedna dziewoja pewnie zdążyła ci już zatruć jadło, a na wszelki wypadek za pasem trzyma poręczny sztylecik.


Ostatnio zmieniony przez Lambert Mieszkowic dnia Sob Sie 09, 2014 11:52 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Abhainn



Posty : 12
Skąd : Szkocja!

Czekoladowe żaby
Monety: 5 sbr
Ekwipunek: sporo wina i książka.

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Sob Sie 09, 2014 4:14 pm

Gdybym o jego spokoju ducha wiedziała może postraszyłabym go swoją magią. Nie lubię być sprowadzana do poziomu pospólstwa. Wielki Fionn mówił, że człowiek to więcej niż jego pochodzenie. Nie trzymam głowy wyżej niż powinnam i wcale nie marzę o wielkich porywach serca czy przygodach. To zostawiam opowieścią. Wiem jednak, że nie jestem jedną z tych o, pospolitych dziewek. Wywodzę się ze znamienitego, celtyckiego rodu a moja rodzina od pokoleń kultywuje dawne tradycje. A to nie jest najprostsze zadanie odkąd panoszą się ci chrześcijanie. Owszem, Szkocja od nich bezpieczna, ale w rodzinnych stronach rozboje Wikingów. Palą, grabią, nawet nie patrzą co. Powinni się od nas uczyć wojenki. Osiedlają się też uciekinierzy z Południa, wcale się im nie dziwię. Gdyby to mnie przyszło się urodzić przy klasztorze też pakowałabym manatki. Tylko miesza się krew, każdy człowiek to inne obyczaje, zanika nasza kultura. Już nas nawet nie nazywają prawdziwymi celtami a jedynie potomkami. Mogę się zgodzić, że co do mojej krwi istnieje wątpliwość, moja mamka mogła być każdym - proszę jednak spojrzeć na papę! Celt z krwi i kości, nie znajdzie się prawdziwszego jak Wielka Wyspa długa i szeroka!
Kiedy byłam młodsza często straszyłam magicznymi sztuczkami dzieci dookoła wozu. Unosiłam przedmioty bez użycia rąk, podpalałam a potem gasiłam krzaki - zawsze miałam ubaw na widok ich min. Zbiegały się zewsząd a potem zasłaniały usta dłońmi i piszczały jak kurczęcia na wiosnę. Zabawę jednak ukrócił wujcio. Nigdy wcześniej (ani później, jak się nad tym zastanowię) nie widziałam go tak wściekłego, aż się zamachnął by mi dać przez skórę. W ostatniej chwili się powstrzymał i tak dyszał z ręką w powietrzu. Dziwie się bo przecież nie raz, nie dwa widziałam jak dziatki dostawały po plecach ze szmaty (żeby tylko!) za jakieś przewinienia, mnie to nigdy nie uderzono. Taką mam rodzinę złotą! Kochają mnie wszyscy, a przecież pożytek ze mnie żaden. Za dużo nie zarobię, im dłużej im na głowie siedzę tym większe mają ze boleści (ale to akurat ich wina, gdyby ode mnie zależało od dobrych trzech lat byłabym zamężna!). W każdym razie, myśl mi uciekła, zamiast uderzyć poszarpał mną trochę i powiedział, że pod żadnym pozorem, żadnym (no chyba, że ratowania życia, ale to przecież ponadto nie ma nic ważniejszego!) nie powinnam się wychylać z rodzinnymi talentami. Szczególnie tymi straszącymi. Można czasem wspomóc biedniejszych od nas wywarem z leczniczych ziół by ukojenie w chorobie przynieść. Zdarza nam się na dłużej w wioskach zatrzymywać, wtedy papa wyciąga z wozu cynowy kocioł co już w nim eliksiry mój pradziad ważył, stawia na ogniu, wysyła mnie w las po zioła, czego znaleźć mi się nie uda albo odpowiednio ususzone ma być wyciąga z sakiewki i warzy mikstury. Oczywiście, nigdy nie robimy tego w Wessex, w domu najczęściej. Raz nam się udało ocalić dziewuszkę młodziutką od śmierci, nawet pięciu lat nie miała. Zawsze mi szkoda dzieci najbardziej. A one pierwsze padają kiedy zaraza na wioskę spadnie.
I ba, żem kształtna! Może nie tak jakbym chciała, ale tatko zawsze powtarza, że tłuszczyk jest symbolem dobrobytu. Wystarczy na karczmarkę spojrzeć jedną czy drugą, wszystkie zaokrąglone chodzą. Kiedy człowiek dobrze odżywiony to i lepiej z chorobą warczy, licho się go nie ima. Siły ma więcej, pracować dłużej może. Albo się bawić - do rana. Nie wyobrażam sobie takiego klasztornego szkieletu tańcującego aż po świt, one to pewnie padają z ostatnimi promieniami słońca. Oszczędne to, owszem, nie zużywa się świec w komnatach. Tańce mają jednak to do siebie, że najprzyjemniejsze są przy ogniskach i świetle księżyca.
Oj, gdybym wiedziała, że to jeden z tych wandali! Pociągnęłabym mu i do tej jaskini wrzuciła, niech się nim licho zajmie. Co myśmy im zrobili, że tak nas napadają z każdej strony? Dobry z nas lud, handlować potrafimy, szkocką cynę to podobno można znaleźć na najdalszych krańcach kontynentu. Tak przynajmniej słyszałam od jednego kupca. Kiedy podróżujemy to najczęściej trzymamy się nadmorskich szlaków, tam się najlepiej handluje. Do karczm przychodzą kupcy zza morza, przy piwie często opowiadają o swoich krainach, czasem aż dziw bierze. Zdarza się, że pokazują co przywożą, dziwaczne owoce czy warzywa. Spotkaliśmy raz miłego pana z południa, ze swoimi towarami jechał aż na dwór. Spodobała mu się moja satyrka, gdy nikt nie patrzył poczęstował mnie więc specjałem ze swoich stron. Mały był to owoc, dziwnie zielony z pestką w środku. Wcale mi nie smakował, ale uśmiechnęłam się pięknie i przyznałam, że pyszne bo przecież nie wypadało inaczej.
- Poświęcam się dla dobra ludności, jaskinia ciemna, ki licho może w niej spać. Obudzisz takie i zarazę zasieje w wioskach stąd aż nad Idle! - prycham, się znalazł wygadany chłoptaś - Mało zjaw się w lasach czai, nie raz nie dwa ziemia krwią spłynęła, taki z ciebie chojrak, ze zmorami chcesz wojować - no bardzo bym to chciała zobaczyć.
I co on się tych butów uczepił? Zazdrości? Porządna para, sprzączka z cyny, skóra garbowana, taka para sporo srebra warta. Poszczęściło się nam, bo szewc akurat córkę za mąż wydawał to za dwa lunule i porządny, srebrny wisiorek obiecał nam wszystkim buty. Wyszliśmy doskonale na tym interesie, ledwie jedną taką parę byśmy dostali za tyle biżuterii.
- To szukaj - mruczę i już się więcej nie odzywam, jego interesa. Ja wodę muszę przynieść bo cała rodzina, łącznie z koniem, spragniona nie się w gadki wdawać z okolicznym przygłupem.
Powrót do góry Go down
Lambert Mieszkowic



Posty : 9
Skąd : Księstwo Polskie

Czekoladowe żaby
Monety: 10bl
Ekwipunek: suszona ryba, naszyjnik z rubinami

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Nie Sie 10, 2014 2:43 pm

- Poświęcasz, mówisz? - powtarzam za nią, cokolwiek rozbawiony jej "ofiarnością". Patrzcie ją, jaka miłosierna, obniża standardy i z byle chłoptasiem gada, kiedy zwykła rozmawiać z książętami! Dziewko, ja ci przebaczam, bo nie wiesz nawet, co mówisz! Mógłbym się założyć, że jestem pierwszą osobą krwi książęcej, z którą nie tylko sobie konwersujesz, ale którą w ogóle widzisz na oczy. - Teraz to biadolisz nad mlekiem nawet nierozlanym, jakbym licho zbudził, pewnikiem byśmy o tym wiedzieli. - Ale to ponoć cecha wybitnie niewieścia. Zasadnicza większość kobiet w sytuacji kryzysowej potrafi jeno ręce załamywać, jęczeć i szlochać, może z kilkoma wyjątkami; powiedziałbym nawet, że tych wyjątków w mojej własnej rodzinie jest całkiem dużo. Zresztą, skoro trafiają się mężowie zdecydowanie górujący nad resztą przedstawicieli swojej płci, to równie wspaniałe białogłowy też dla równowagi muszą się trafiać.
Tak na wszelki wypadek ostatni raz zaglądam do jaskini - w środku ino mrok panuje, więc szybko odwracam wzrok, nie wiem, czy to te bajdurzenia niewieście tak mnie zraziły co do wnętrza pieczary, czy może owa grota sama w sobie jest jakaś niepokojąca. Tak czy inaczej, wchodzić tam nie mam zamiaru, a skoro w ciemności nic nie błyska ani ślepiami, ani (jeszcze gorzej!) zębiskami, to z czystym sumieniem mogę się oddalić.
Ale dziewka chyba niechętna do dalszej rozmowy. A nuż zaraz mi ucieknie i jak ja tę nieszczęsną wodę znajdę?!
- Czekaj! - wołam i od drugiej strony wdrapuję się na ów pagórek, na którym nieznajoma stoi. We wdrapywaniu (jak zresztą, w prawie wszystkim) nie jestem tak dobry, jak bym sobie życzył, całe szczęście, to wzniesienie nie jest specjalnie strome, więc orła (piastowskiego!) nie wywijam. Gdy już znajduję się na stabilnym gruncie, poprawiam płacz, co mi się na ramionach przekrzywił i na dziewkę spoglądam wzrokiem, w moim mniemaniu wyrażającym, że w sytuacji jestem równie zorientowany, jak ona. - Do strumyka idziesz, tak? - zagajam tonem pozorowanym na znudzony, niech sobie nie myśli, że od niej teraz mój honor zależy. - Tak się składa, że ja też w tę stronę, to pójdę z tobą, na wypadek, jakbym jednak coś w tej jaskini zbudził. Dam pożreć się pierwszy. - Ale niczego nie obiecuję!
Zresztą, zastanawiam się, z kim ta dziewka podróżuje, jeśli to dobrzy i przydatni ludzie, to dobrze by było dalej w drogę ruszyć razem. Nef sobie nieźle radzi w walce, ale w starciu z, powiedzmy, chociażby trójką zbójców, miałby już problem, a z tego co wiem, to większe tu bandy grasują. A może nieznajoma mieszka gdzieś w pobliżu? Może przegapiliśmy zejście do jakiejś wioski skrytej w leśnej gęstwinie? I to by przyniosło korzyści, można by prowiant uzupełnić i odzyskać trochę sił we względnie bezpiecznym miejscu.
Z drugiej strony, pannica chyba za mną nie przepada. Nie wiem, czy wobec tego swoich ziomków do mnie przekona!
Może Nef sobie z nią lepiej poradzi. Skoro z konia sobie zrobił przyjaciela, to z niewiastą też powinno gładko pójść. Racja, kobiety to jednak nieco bogatszą mają duchowość od koni, ale skoro i koń mnie nie lubi, i dziewka mnie nie lubi, to znaczy, że jednak mają ze sobą wiele wspólnego!
Powrót do góry Go down
Abhainn



Posty : 12
Skąd : Szkocja!

Czekoladowe żaby
Monety: 5 sbr
Ekwipunek: sporo wina i książka.

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Pon Sie 11, 2014 12:30 am

- Inaczej będziesz gadać jak cię w nocy napadnie - mruczę pod nosem, cicho, sama do siebie bo przecież już ustaliliśmy. Nie jest księciem to nie będę na niego strzępić języka.
I by się zdziwił! By się zdziwił, bo ja już nie jednego księcia widziałam. Przygrywanie na harfie dla papinego deklamowania ciężko nazwać rozmową, z tym mogę się zgodzić, ale wcale nie jestem jakąś nieobytą dziewką co możnowładcę widziała raz, z daleka, kiedy własne włości oglądał na wysokim koniu siedząc. Nie przesadzając też, ja mu tylko tak ot rzuciłam z tym księciem bo mnie zdenerwował własnym nastawieniem. Wszystko mu jedno, łachudra jeden. Nie rozumiem takich kmiotów którym życie niemiłe. Przecież to wbrew wszelakim prawom. Nic w naturze samo z siebie do śmierci nie dąży, przetrwanie to cel nadrzędny. Nad życiem nie ma żadnej wartości. Rozumiem wojaków którzy oddają ducha za kraj, oni walczą dla swoich potomków, dla narodu. By ten mógł się cieszyć wolnością i rozkwitać. Rosnąć w siłę. A to trudne kiedy taka zgraja kontynentowców zza morza co chwila napada, łupi, gwałci i podpala.
Zawsze mi szkoda tych biednych kobiet, brzemiennych po takiej napaści. I dzieci, najbardziej. Bo z bękarcim się rodzą namaszczeniem, takich nic dobrego w życiu nie czeka*.
Ale nawet oni takich głupot nie gadają i nie wygrażają, że im życie niemiłe! Mierzi mnie brak rozwagi, brak poszanowania!
Nie chce się chełpić, wyjść na przesadnie pyszną czy butną, mnie jednak inaczej wychowano. Może to nie dworskie czy klasztorne, nie jestem ani księżniczką ani tfu, zakonnego życia nie doświadczyłam. Daleko mi do siły papy czy talentów wuja, nie stanę też na czele żadnej armii, jednak ucieczka do głowy przychodzi mi jako ostatnia. Nie raz, nie dwa w szranki stanęłam z mężem, potem papa załamywał ręce - jak ma mi księcia znaleźć kiedy twarz poobijana. To już jego problem, tak myślę, innym chłopcom imponowała moja odwaga, może nawet któryś gotów się oświadczyć, ale nie, czekać na księcia. To czekam już tak czwarty rok i co z tego mam?
Jak już się jakiś napatoczy to ja już dawno będę stara, pomarszczona i co najgorsza, przekwitła. Miłość miłością, potomek jednak musi być (dziedzic!), pożegna mnie prędzej niż pozna!
Woła jednak za mną to odwracam się i podziwiam jak nieudolnie mnie dogania. Może to rzeczywiście jakiś zamorski uciekinier z klasztoru? Na wikinga mi nie wygląda - zbyt wątły, taki to topora nie uniesie. Słychać też, że nie stąd. Owszem, jak Wielka Wyspa długa i szeroka różne dialekty słychać, różne też akcenty wspólnego języka, on jednak mówi nadzwyczaj obco. Nie, że źle czy niewyraźnie. Po prostu obco, jak ci handlarze których spotykamy przy nadmorskich miejscowościach.
Ne, na handlarza też nie wygląda. Ci nie zapuszczają się tak daleko w ląd (a już na pewno nie znajdzie się ich z dala od szlaków!) i poza tym zdają się być, nieco no, bogatsi.
Chudzina taka. Może go ci chrześcijanie przetrzymywali i pod pozorem postu głodzili latami? Wreszcie udało mu się uciec to popłynął ku Wielkiej Wyspie bo usłyszał, że tu jeszcze normalnych ludzi można doświadczyć. Szkoda tylko, że na złą stronę trafił.
- Nie wiesz, gdzie jest? - nawet nie zgaduję. Jestem córką barda, znam się na graniu lepiej niż on i jego pozorowanie w ogóle mnie nie przekonuje - Możesz pójść za mną. Ale pamiętaj, rozmawiać z tobą nie będę! - muszę dbać o swój honor, ot co! Macham na niego ręką, niech idzie, szkoda dnia marnować.
Gdybym to ja wiedziała tylko, że do konia mnie porównuje! Zwierzęta to mądre, nie zaprzeczę, komplement w tym można znaleźć, ale i tak bym go urządziła. Magią potraktowała, zawisłby na drzewie i wisiał tak aż jakaś dobra dusza (nie moja, moja obrażona) się zlituje i go ściągnie. Albo na pastwę licha bym go zostawiła. Kto jak kto, ale dziewka to może wszystko z lasu wywołać!



*o nie, czyżby pomysł na nową postać?!
Powrót do góry Go down
Lambert Mieszkowic



Posty : 9
Skąd : Księstwo Polskie

Czekoladowe żaby
Monety: 10bl
Ekwipunek: suszona ryba, naszyjnik z rubinami

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Pon Sie 11, 2014 2:23 am

Trudno orzec, czy to szczęście, czy wręcz przeciwnie, że tego języka nie znam tak dobrze, jak rodzimego, przez co słów mamrotanych, wyseplenionych, wyjąkanych czy w jakikolwiek inny sposób zniekształconych nijak nie mogę zrozumieć. Co zresztą komplikuje mi mocno żywot, w końcu pospólstwo nijak dba o wykształcenie w sobie zdolności oratorstwa, prosty kmiotek raczej zadowoli się tym, że ogólna jego myśl zostanie zrozumiana i nic więcej go nie interesuje. Mnie za to interesuje wiele rzeczy, na przykład to, co też ta panna pod moim adresem mruczy. Bo i że o mnie chodzi, wątpliwości nie mam, ale co konkretnie? W najlepszym wypadku dworuje sobie ze mnie, w najgorszym przeklina cały mój ród do siódmego pokolenia. Biedne, nienarodzone moje dziatki!
Co by sobie nie pomyślała, że mnie to łatwo w pole wyprowadzić, robię lekko urażoną minę, dając do zrozumienia, że owszem, zrozumiałem, ale w łaskawości swojej przebaczam i nie zamierzam drążyć tematu. O, gdyby dano mi możliwość zostania władcą, jak nic zdobyłbym przydomek Zręcznie Wychodzący z Nieporozumień. Pięknie brzmi z moim imieniem, o wiele lepiej niż "Bolesław Chrobry".
Chociaż matula i ojciec wiedzieli, co robili, z roku na rok mi powtarzając: dziecko, ty się na książęcy stolec nie pchaj, jakbyś jakimś cudem dopchał się do władzy, to ino byś krzywdę wszystkim (sobie też) wyrządził. Bo ja to bym raczej został Lambertem Nieudolnym. Tak to sobie imaginuję, gdy dzieweczka mi odpowiada i dociera do mnie, że cała ta moja maskarada na nic, skoro przejrzała mnie w mgnieniu oka.
- Jak śmiesz! - unoszę się w porywie desperacji, co ona mi tu będzie sugerować, że nie znam okolicznego lasu? W sumie. Nie znam. Bom nie stąd. - A zresztą - wzdycham tylko cicho i wzruszam ramionami, że ja w ogóle mam jeszcze siłę się oszukiwać, nic mi w życiu nie wychodzi, nawet jak mi Nef ręką pokazał, gdzie mam iść, to i tak się zgubiłem. - Rozmawiać nie musisz, ale zdradzisz mi chociaż swoje imię?
Zawsze to lepiej wiedzieć, z kim się człowiek zadaje, chociażby po to, że gdybym chciał kiedyś tę sytuację powspominać, to wiedziałbym przynajmniej, jak znajomą-nieznajomą nazwać w myślach. Także zrównuję z nią krok (niby kazała mi iść za sobą, ale wtedy czułbym się jakoś nieswojo, jak zwierzak prowadzony przez właściciela, tyle że bez sznurka) i nawet uśmiecham się do niej, zerkając na dziewczynę przelotnie. Do tej niewiasty, co nie chce ze mną gadać, bo ona do książąt przywykła. Aż nie mogę się doczekać, aż Nefowi powiem, nieźle go ubawi ta krotochwilna historyjka.
- Ja nazywam się Lambert - dodaję po chwili, odgarniając nam z drogi gałąź, w jednym jestem użyteczniejszy, mam dłuższe ręce od tej panny. - Syn Mieszka, syna Siemomysła, syna Lścimira, syna Siemowita. Mógłbym ciągnąć dalej, ale ojciec Siemowita, prócz tego, że był kołodziejem, niczym nie zasłynął. Zresztą, jak teraz o tym myślę, to zasadnicza większość moich przodków nie pełniła żadnych zaszczytnych funkcji. - Słowa te wypowiadam z niejakim zadumaniem, wcześniej jakoś nie uświadamiałem sobie, że rządzimy jeno od Siemowita, a wcześniej, od czasów, gdy Bóg pierwszych ludzi stworzył, tośmy się parali prostymi rzeczami. Jak zwykli ludzie, nie książęta.
Dziwne.
Powrót do góry Go down
Abhainn



Posty : 12
Skąd : Szkocja!

Czekoladowe żaby
Monety: 5 sbr
Ekwipunek: sporo wina i książka.

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Pon Sie 11, 2014 3:09 pm

Mnie od maleńkości uczono recytować i bawić się słowami, w końcu na tym polega praca poety. I owszem, można umniejszać, że mowa w porównaniu z bronią niczego nie zdziała, ale tylko ignorant posunie się do podobnych wniosków. Ollamhowie wszak prawo mają pisania pochwał na cześć władców, ale i przywoływać do porządku kiedy ci nie spełniali swojego zadania. Co więcej, prócz prostej krytyki czy ostrej przymówki słowem można nawet wyklnąć i pobawić dotychczasowych prerogatyw. Wygnanie złego władcy za pomocą jedynie słów to żadna poetycka fikcja, tak działo się i dziać będzie. Słowa potrafią być silniejsze od jakiejkolwiek broni, w to zawsze będę wierzyć. One zapadają w pamięć, prosto do serca.
Śmieszny trochę ten kurczak, muszę to przyznać. Robi zabawne miny, aż ciężko się nie roześmiać. Pozwalam sobie na uważniejsze zlustrowanie sylwetki, może rzeczywiście coś jest na rzeczy. Pomimo przeraźliwej chudości nie wygląda na źle urodzonego. Chłopskie dzieci, nawet w czasach głodu, mają inną postawę. Już sam fakt, że nie potrafi wspiąć się na wzgórek o czymś świadczy. Jest też stanowczo zbyt egzaltowany. Takie wybuchy emocji spotyka się tylko na dworach. Może to rzeczywiście ktoś dobrze urodzony, tak sobie teraz myślę, kogo zamknięto w klasztorze i stamtąd uciekł. Bo przecież taka z niego chudzina, to aż niemożliwe by było widać kości przy pełnych stołach.
Ha, widzisz papo. Znalazłam wysoko urodzonego kurczaka w lesie. Możesz mi pogratulować!
Zastanawia mnie tylko co tutaj robi, tak sobie dumam idąc w stronę strumienia. Jaskinia pośrodku Wschodu to chyba najdalszy z krańców świata. Ale dobre miejsce na ucieczkę przed okrutnymi chrześcijanami, kto wie, może po kontynencie ganiali go z włóczniami, palami i ogniem.
- Lambert - powtarzam za nim, zastanawiając się w jakim kościele to dzwoni i nie wiem. Niezbyt wyspiarskie to imię, jeszcze się z takim nie spotkałam. Trochę już ich słyszałam, nie wymienię teraz, ale dziwacznie się czasem dzieci nazywa. Nie, żebym się przechwalała, ja jestem w końcu rzeką. Och, zgrozo… - Co… co, co, co? - kręcę głową na to jego późniejsze gadanie - Nic z tego nie zrozumiałam - mówię szczerze, bez złośliwości - Jakieś ś-cz-sz-cz-ś-cz-ś - próbuję powtórzyć jego bełkot ale nawet mi to nie wychodzi, tyle co zrozumiałam to „syn”. I kołodziej. Kołodziej to dobry fach, pewny. Tak myślę, że najważniejsze mieć w ręku fach, wtedy sobie człowiek zawsze poradzi, niezależnie gdzie go życie pośle - Skoro się tak dzielimy od serca to mogę powiedzieć, że moimi przodkami byli wielki Fionn Mac Cumhaill i jego syn Osjan - ale nie sądzę by cokolwiek mu to powiedziało, skoro wyskoczył mi z jakimiś śczsami - Ale to było dawno temu, zanim przybili zza morza i zaczęli zmieniać nasze obyczaje. Niewielu nas już zostało - mówię z jakimś smutkiem. Nas, celtów, chociaż moją rodzinę i tak zwą jedynie potomkami. Resztki naszej kultury się uchowały, kiedyś tysiące ludzi obchodziło nasze święta, teraz musimy kryć się po lasach z obawy przed grasującymi chrześcijanami - Abhainn - rzucam w końcu, wszak cały sens tej gadki by moje imię zdobyć - Jestem Abhainn - powtarzam na wypadek gdyby wziął moje imię za jakieś ciężkie wzdychanie. Mogę się założyć nawet o baryłkę miodu, że z tymi swoimi śczysami nie będzie potrafił wymówić go dobrze i będę go musiała poprawiać na każdym kroku.
Człowiek jednak musi być gotów na podobne poświęcenia, szczególnie  kiedy nazywa się rzeka. Nie żeby na cześć jakiejś konkretnej, po prostu, rzeki.
Powtarzam sobie jednak, że zawsze mogło być gorzej. Nie wiem jak. Ale mogło!
Powrót do góry Go down
Lambert Mieszkowic



Posty : 9
Skąd : Księstwo Polskie

Czekoladowe żaby
Monety: 10bl
Ekwipunek: suszona ryba, naszyjnik z rubinami

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Pon Sie 11, 2014 6:02 pm

Tak właściwie, to zawsze podświadomie czułem, że ze wszystkich moich braci to ja zajmowałem pierwsze miejsce w sercach kronikarzy. Najłatwiejsze do wymówienia, bezproblemowo się latynizuje, nic tylko pisać. Prawdę mówiąc, nawet nie wiedziałbym, jak się zabrać za, chociażby (świętej pamięci) Świętopełka, chociaż może to dlatego, że z łaciną zawsze byłem na bakier. Więcej z niej rozumiem niż powiedzieć umiem, dziwne, że cudzoziemskiej mowy uczę się szybciej niż tej kościelnej.
Wcale więc nie jestem zaskoczony, że moja towarzyszka znajduje imiona moich przodków niewymawialnymi. No cóż, zawsze mogę ją pocieszyć, że nie jest gorsza od większości Europy - mało który mieszkaniec cywilizowanego świata poradzi sobie z "Siemowitem".
Może i mój ojczysty język to same "ś-cz-sz-cz-ś-cz-ś", ale za to jej mowa to, słowo daję, tylko ciągłe "k-k-k-k". Nawet nie próbuję za nią powtarzać imion szanownych przodków, nawet jeśli ten drugi, Os...jan, nazywa się całkiem sensownie. Tylko kiwam głową, mimo że nie mam pojęcia, kim są ci ludzie, nigdy o nich nie słyszałem. To, że jeden z nich był "wielki", jeszcze niczego nie zmienia, może się opychał ciasteczkami miodowymi. Ciastka z miodu uwielbiam (i nie ma tu słów przesady), za dzieciaka mogliśmy ich z kuchni wynosić, ile tylko chcieliśmy, chyba że akurat post był. A że post trafiał się często, to niewiele tych słodkości w swoim życiu zjadłem. Czasem to zresztą było powodem buntów - jakże to, ja syn książęcy i słodyczy mi się skąpi, a te dzieciaki żyjące za murami grodu mogły sobie dogadzać kiedy tylko chciały. Teraz wiem, że wcale taki szczęśliwy los im się nie trafił - co prawda postów nie znały, ale przecież Boga też nie, więc na zbawienie żadnych szans nie mają.
Ciekawe, jak sobie Bolesław z misją ewangelizacyjną radzi, wszak gdy Polskę opuszczałem, to ciągle bardziej pogańską niż chrześcijańską była.
Spoglądam na dziewczynę i chcę zapytać: "kto?", ale w porę gryzę się w język. O nas, mieszkańców kontynentu mówi. Nic jej na to nie odpowiadam, bo i nie wiem, co mógłbym powiedzieć. Ja się już urodziłem z matki chrześcijanki, po chrześcijańsku mnie wychowano i nawet teraz przypłynąłem na chrześcijańskim statku, choć w tych łupieżczych wyprawach mało z chrześcijańskich nauk.
- Wiesz, ja też musiałem kiedyś zmienić... wszystko - stwierdzam, chyba tylko po to, by zagłuszyć ciszę lasu - Abhainn - kończę jej imieniem, nie jestem pewien, czy dobrze je wypowiedziałem. W jej ustach brzmiało jakoś melodyjnie, a u mnie w wymowie melodyjności próżno byłoby szukać.
Nie wiem, czy można porównać nasze sytuacje. Pomijając bezmyślne napady zbrojne, których celem faktycznie jest ino wzbogacenie się kosztem tych biednych ludzi, ekspansja chrześcijaństwa nie jest niczym złym. Ba, przecież to wszystko dla dobra pogan, którzy przecież odrzucają Chrystusa tylko dlatego, że go nie znają. Zastanawiam się, czy Abhainn cokolwiek o nim słyszała. Nie o jego wyznawcach, ci w końcu bywają i dobrzy i źli, tylko o samym Bogu.
Ja czasami przeżywam dziwne stany. Nieraz wydaje mi się, że w ogóle nie wierzę, że modlę się i powtarzam: "credo" bez większego zrozumienia. A czasem mam wrażenie, że miłość i tęsknota do Boga przysłania mi wszystko inne. Przez zasadniczą część życia nawet o sprawach religijnych nie rozmyślam.
- W kraju, w którym się urodziłem - odzywam się nagle, zwalniając nieco kroku - wciąż jeszcze wierzy się w starych bogów. Jeden z nich nazywa się Trzygłowem, to znaczy... - zająknąłem się trochę, ta nazwa pewnie niewiele jej powie. - W moim języku oznacza to "trójgłowy". Widziałem jego posąg. Kapłani karmili go miodem, żeby był przychylny dla wyznawców. - Naprawdę nie wiem, po co jej to mówię. Tak po prostu nagle mi się przypomniało.
Powrót do góry Go down
Abhainn



Posty : 12
Skąd : Szkocja!

Czekoladowe żaby
Monety: 5 sbr
Ekwipunek: sporo wina i książka.

PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   Wto Sie 12, 2014 2:58 am

Mogę się z tym zgodzić. Z Lamberta łatwiej coś stworzyć niż ze wszystkich „ś-ć-ż-sz-rz” razem wziętych. Bardzo współczuję poetom z tamtych stron, to dopiero musi być wyznanie. Po łacinie to już szczególnie. Nie, żebym dobrze znała ten język. Mój papa jakąś mniejszą do niego niechęcią pała i nawet płynnie się posługuje, ale ja wiem, że on to tak wszystko pod publiczkę w Wessex. Czasem też łatwiej nam się dogadać w sprawie sprzedaży lunuli kiedy mową kościelną się posługujemy. Dzięki temu pracę wuja można już znaleźć w całej Europie.
Zapowiedział jednak, że krzyży robić nie będzie, nawet jakby go mieli ozłocić.
Zazwyczaj przydomek Wielki oznacza jedynie, że kronikarze wyrażali się o nim przychylniej niż przeciwniku. W przypadku Fionna - jest zupełnie inaczej. Mógłby pozostać zapomniany dla nas, potomnych, gdyby nie Osjan. Wszak zginął od miecza własnych wojaków, zdradzony i opuszczony. Do dziś nie rozumiem z czego to dokładnie wynikało. Przecież człowiekiem był szlachetnym. Kierował się kodeksem dalekim od dzisiejszych metod. Nie grabił wiosek swoich przeciwników, nie przenosił konfliktów poza pole bitwy. Nie gwałcił, nie grabił, nie zostawiał za sobą spalonej ziemi. Mawiał, że człowiek to więcej niż pochodzenie. I wierzę w to.
Dlatego nabijam się z tego całego papowego księcia. Bo i co mi po księciu, jeśli ten okaże się człowiekiem bez honoru? Ważne jest to co w środku, co w sercu, nie kieszeni. Owszem, każdy chciałby mieć wygodne życie. Ja nie mam jednak wielkich potrzeb. A szczęście mam wielkie. Nie musze się przejmować polityką, nie muszę martwić konsekwencjami na skalę całej Wielkiej Wyspy, mogę oddać rękę każdemu kto mi się spodoba. A raczej temu jednemu, który przypadnie mi do gustu najbardziej.
I to niekoniecznie musi być książe.
Też lubię ciastka z miodem. I miód sam. Wszystko co słodkie. To mój ulubiony smak. Owszem, nie narzekam i zajadam się wszystkim co tylko wyląduje na stole, na ciastka jednak czekam najbardziej. Dlatego tak ciężko mi pojąć, że ludzie tak sami, z własnej woli, wszystko sobie zabraniają. Bo przecież - gdyby człowiek nie miał jeść ciastek z miodem to bogowie nie dali by nam mądrości do ich pieczenia. Proste. Skoro powstały - są dobre. Jak każde boskie stworzenie.
- Tak? - zerkam na niego z ciekawością, po czym dodaję. Bez większych ogródek - To widać. Nie pasujesz tutaj. Wyglądasz jakbyś uciekł z jednego z tych kontynentalnych kościołów. Ale też dworskie masz zachowania. Więc…? - niech opowie. Do strumienia jeszcze chwila drogi, i tam nam zejdzie, z chęcią poznam jego historię. Może mnie zainspiruję i stworzę pieść na jego cześć. Papa pękłby z dumy gdyby mógł ją zaprezentować przed każdym ze szkotów. Może nawet przestałby zmyślać kolejne wersje swojej Romantycznej Historii.
Jedno muszę jednak przyznać - poradził sobie z moim imieniem lepiej niż sądziłam - Abhainn - niewiele trzeba poprawić, naprawdę jestem pod wrażeniem!
Dla mnie chrześcijanie i wikingowie są tacy sami, nie ma różnicy. Jedni palą i drudzy, rzekomo powód różny. I ci pierwsi przez to są dla mnie po stokroć gorsi. Jak jeszcze mogę zrozumieć motyw jakim jest chciwość, chęć wzbogacenia się, to ludzkie. Tak palenia w imię boga, jakiegokolwiek, pojąć nie mogę.
To nie tak, że w ogóle zwyczajów chrześcijańskich nie znam. Wiem o Chrystusie, o jego matce, o ojcu, o cudach, wodzie w wino zmienionej, martwych do życia przywróconych. Ojciec mój wszak nasze pieśni na Wessexową modłę przerabia. I tak myślę czasem, że to przecież żadna różnica. Lugh czy Chrystus, Bóg czy Dagda. Ja nawet myślę, że cześć oddajemy tym samym bogom, nazywamy ich tylko różnie. Bo czy i tamci świętych nie mają. Mówią, Bóg jest jeden, a w więcej niż jednej czczą go osobie. Modlitwami się nie różnimy, wiem to dobrze. Tak samo dziękujemy za dary, tak samo prosimy o kolejne dobre dni. Z tymi samymi smutkami i tymi samymi nadziejami się zwracamy. Tej samej pociechy szukamy. Tak samo wiążemy się na całe życie.
Więc dlaczego nas zwie się barbarzyńcami, poganami i po lasach z pochodniami gania? Dlaczego karze się nam nasze korzenie porzucać. Naszą kulturę. Przecież to właśnie kultura świadczy o tym kim jesteśmy. Czy nasze sposoby dziękowania bogom są aż tak różne, tak straszne, że trzeba nas na stosach palić?
I Wikingowie, i chrześcijanie najechali na nasz kraj. Nikt ich nie zapraszał. Zabijali nasze rodziny, niszczyli naszą kulturę. Palili domy, świątynie, księgi. Próbowali wymazać nas z kart historii. Mam prawo żywić o to urazę.  
- A ten kraj to? - tajemniczy się nagle zrobił, w kraju w którym się urodziłem. Kiedy znowu wraca do swojego trzyczyszyczy marszczę nos, ale szybko kiwam głową ze zrozumieniem. Wystarczy przetłumaczyć! - To piękna tradycja! My, dla przychylności, palimy ogniska, wielkie, dym leci aż pod niebo. Dużo jest też tańca. I radości. Każdy chce też wziąć ślub podczas Lughnasadh, to piękna tradycja. Łączy się dłonie materiałem na znak połączenia. Rok i jeden dzień. Potem i tylko potem można zdecydować czy rozstać się czy zostać ze sobą, aż do śmierci. To chyba moje ulubione święto - stoły aż uginają się od jedzenia, to wszak pora żniw. Wchodzimy na wzgórza, rozpalamy ogniska, składamy ofiary a potem tańczymy. Gdy zajdzie słońce młodzi zbierają się a kapłani łączą ich dłonie. To naprawdę piękny widok.
I nigdy nie widziałam nikogo kto zdecydowałby się na rozstanie. Nikogo.
-Ten trójgłowy bóg musi być bardzo mądry - zauważam - Jak nasz Lugh.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Jaskinia w lesie   

Powrót do góry Go down
 
Jaskinia w lesie
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Tajemnicze miejsce w Zakazanym Lesie
» Dróżka w lesie
» Opuszczony ludzki Dom, głęboko w lesie. [+18!]
» Dom w lesie
» Opuszczony domek na drzewie

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
The Fp :: ❧ East Anglia  :: φ Thetford-
Skocz do: